Najważniejsze słowo kluczowe

Mówiąc o prawdziwym szczęściu nie sposób nie rozważyć idei Boga. Możesz być wierzącym lub ateistą, ale prędzej czy później w każdym umyśle szukającym drogi do prawdziwego piękna, do szczęścia musi pojawić się pytanie: czy Bóg istnieje?

Czyż nie jest to najważniejsze pytanie jakie możemy sobie zadać i jakie możemy rozważać? W naszym życiu zajmujemy się masą różnych spraw, mniejszych bądź większych problemów. Podejmujemy różne aktywności, wcielamy się w różne role, spotykamy na swojej drodze wiele osób i utrzymujemy z nimi głębsze lub płytsze relacje. Niemniej jednak temat Boga omijamy często szerokim łukiem. Nie mówię tutaj o chodzeniu do kościoła czy innych praktykach religijnych, nie mówię o przyjmowaniu narzucanych nam przez innych dogmatów. Mówię o naszych własnych osobistych przemyśleniach na temat tego czy On istnieje, o przemyśleniach, które pozbawione są lęku przed piekłem, lęku przed osądem Boga, lęku przed opinią innych. Czy mamy czas i chęci pomyśleć o tym sobie czasem w ciszy? Bez żądnego strachu przed jakąkolwiek karą, zwykłe filozoficzne rozmyślanie. Rzadko kiedy „mamy na to czas”. A czy nie jest to dla nas najważniejsza kwestia w życiu?

Nasze podejście do tematu Boga ukierunkowuje całe nasze życie. I nie jest to sprawą chwilową, dotyczy naszego podejścia, jak powinniśmy się zachowywać, jakie powinniśmy mieć cele w życiu, jak powinniśmy postrzegać inną osobę. To stanowi podstawę naszego poostrzegania otaczającego nas świata. Nie ważne jaki jest wynik tych przemyśleń, możemy być osobami głęboko wierzącymi, możemy być ateistami. To, co w związku z tym tematem ustalimy sobie kieruje naszymi działaniami przez całe życie. To podejście do tej idei krystalizuje w nas nasze poglądy, nasze cele i nasze działania. Ma ono podstawowy wpływ na nasze życie, ponieważ ustala nasz podstawowy system przekonań o nas samych, o naszym środowisku i o naszej przyszłości.

Z Bogiem związana jest idea naszej śmierci. To jak go postrzegamy rzutuje w naszą wiarę w to co stanie się z nami po niej. A czy to właśnie śmierci nie lękamy się najbardziej? Spójrzmy na dzisiejszy świat. Poświęcamy mnóstwo czasu na leczenie naszych ciał, na wyszukiwaniu cudownych eliksirów, na wyszukiwaniu sposobów przedłużenia życia, na poprawę kondycji i witalności. Choć w bardzo zakamuflowany sposób to jednak temat śmierci jest dla nas szalenie ważny. Być może nie naszej, ale przynajmniej ważnych dla nas osób – dzieci, rodziców, ukochanego czy ukochanej. A to jak podchodzimy do tematu śmierci jest tym jak podchodzimy do tematu Boga. Śmierć i Bóg to tematy, które idą w parze. Czy zatem nie warto jest powracać czasem do rozważań na temat Boga? Nasza sytuacja życiowa zmienia się, ludzie, których spotykamy na naszej drodze również zmieniają się. Zmieniają się z czasem również nasze poglądy. Niechętnie jednak ponownie rozważamy ideę Boga, tak uczciwie, bez lęku, bez przymusu, z poświęceniem należytej uwagi. Choć teraz jedynie o tym wspomnę a rozwinę w późniejszych częściach książki przeciwieństwem Boga jest ego. To właśnie ono niechętnie skupia naszą uwagę na tym temacie. Najchętniej ukryłoby go bądź ośmieszyło. Pomimo, iż możemy mieć uczucie niechęci wobec rozważań na ten temat spróbujmy zrobić to razem.

Słowo Bóg, przynajmniej w naszej kulturze jest mocno zniekształcone. Przestało, jak było na początku jego powstania, wskazywać na to, na co powinno wskazywać. Zamiast tego, Bóg kojarzony jest z zupełnie czymś innym. Dla niektórych Bóg jest groźny, dla innych śmieszny, dla innych nieistotny. Na 99,9% słowo Bóg znaczy dla ciebie co innego niż powinno. I właśnie to przyjęte przez ciebie znaczenie jest sporym utrudnieniem w twojej nauce. Jest tak, ponieważ pewnych kwestii nie da się wyjaśnić bez rozważania o Bogu, ale jednocześnie nie można tego zrobić wtedy, gdy mylnie to postrzegasz. Rozważmy zatem jak możesz postrzegać Boga? Jako:

  • doskonałego stwórcę, który siedzi na tronie Nieba i decyduje czy pójdziesz do nieba czy do piekła;

  • stwórcę znajdującego się w Niebie, a ludzie na Ziemi muszą dowieść tego, że zasługują na jego miłość;

  • nieokreśloną materią, przyjmującą postać energii, która jest całym wszechświatem;

  • śmieszny, nic nieznaczący wytwór zalęknionych ludzi, którzy boją się śmierci;

  • komputer, gdzie my jesteśmy częścią programu komputerowego

  • coś istniejącego, lecz nieodgadniętego i niemożliwego do poznania przez ludzi.

Każde z tych określeń jest błędne. Mógłbym wskazać ci od razu na poprawne widzenie, ale lepiej będzie gdy prześledzimy błędy w tych wymienionych poglądach.

Pierwsze określenie dotyczy postrzegania Boga, jakie wytworzyły nauki kościoła katolickiego. Bóg rozumiany jest tutaj jako sędzia, który nagradza za dobre zachowanie a karze za złe. Przez to, część swoich dzieci, które nie były posłuszne karze dożywotnio, skazując ich na wieczne cierpienie. Przyjmijmy drugą naukę tego kościoła. Bóg jest miłością i kocha swoje dzieci. I choć nie widać tego, mamy tutaj dwuznaczność, niepoczytalność, pomimo że większość w to wierzy. Wskażcie mi matkę dzieci, która jednocześnie kocha swoje dzieci i chciałaby dla swojego dziecka wiecznego cierpienia, obojętnie co by zrobił, jakiego grzechu by dokonał. Bzdura, a mówimy o naszej ziemskiej miłości. Jak ona ma się do miłości Boga, która jest doskonała? Czy w jej obliczu Bóg mógłby samoistnie skazać którekolwiek ze swoich dzieci na wieczne cierpienie? Ba, na jakiekolwiek cierpienie? Jeżeli Bóg jest doskonałą miłością to chce, aby jego dzieci były wiecznie szczęśliwe. Czy Bóg, który jest doskonałą miłością stworzyłby swoje dzieci i jednocześnie chciałby, aby one cierpiały? Skoro jest doskonały, a to zakłada przecież idea Boga to jego miłość również jest doskonała zatem niemożliwe byłoby, aby skazywał nas na takie cierpienie skoro nas stworzył. Czy rodzice rodzący dzieci i jednocześnie kochający nie interesują się losem swoich pociech? To niemożliwe, musieliby być niepoczytalnymi, a przecież Bóg taki nie jest. Czy bóg będąc doskonałym mógłby zapomnieć o którymkolwiek ze swoich dzieci?

Zatem może inne podejście. Bóg znajduje się w doskonałym miejscu, w Niebie i tam jest doskonałą miłością dla wszystkich tych, którzy na to Niebo zasłużyli. Ci ludzie, którzy nie zasłużyli na Niebo poprzez swoje zachowanie nie jest dane cieszyć się jego miłością. Bóg stworzył świat, jako arenę, dał nam swoje nauki poprzez mesjaszy i mamy możliwość zasłużyć poprzez życie zgodne z jego przykazaniami na Niebo i jego miłość.

Czy Bóg mógłby wystawiać nas na takie próby. Skoro jest wszechwiedzący to wiedziałby zapewne, że część z dzieci obleje egzamin, a przy tym będzie musiał je ukarać. A co z ludźmi, którzy nie mają możliwości poznania danej religii? Na przykład nastoletnie dzieci z afgańskiej wioski, które nie miały możliwości poznania „nauk” kościoła katolickiego albo ludzi mieszkających w Polsce nie mających styczności z żydowską wiarą, albo muzułmańskie dzieci z niektórych regionów świata, które przez całe życie skazane są posłuch jedynej religii, ponieważ inne religie nie docierają tam (kombinacje różnych religii i regionów dozwolone)? A co z ludźmi z odizolowanych społeczeństw, gdzie istnieje jedynie wiara w przywódcę, a jakakolwiek wiedza religijna jest zabroniona? Czy Bóg będąc sprawiedliwym pozwoliłby im narodzić się w miejscu, gdzie wiara w niego nie dotrze? A nawet jeżeli dotrze to ich „start” ze startem dzieci mieszkającymi gdzie indziej byłby nie równy. Czy sprawiedliwy Bóg mógłby na to pozwolić? Jeżeli miałaby to być prawda to każdy człowiek powinien mieć zachowane te same szanse na otrzymanie tego samego przekazu religijnego w tym samym okresie jego życia. Dopiero wtedy można byłoby cokolwiek ze sobą porównać i osądzać. Co my, ludzie sądzimy o zawodach, w których ich gospodarz jednych uczestników faworyzuje? Uważamy, że to nieuczciwe, uważamy, że to grzech (jeżeli jesteśmy wierzącymi ludźmi). Czy zatem Bóg mógłby dopuścić się grzechu niesprawiedliwości a przy okazji karać za grzechy ? Bzdura.

Ktoś może powiedzieć, że po to są właśnie misje, ale czy to cokolwiek wyjaśnia? Na przykład w Polsce dzieci zaznajamia się z religią od najmłodszych lat, wiedza ta jest im wpajana, często na siłę. Mają przez to większą szansę na życie wieczne od innych, np. od dzieci zamieszkujących afgańską wioskę. Jaka jest wina Afgańczyka, że urodził się w takim kraju? Nie trzeba odwoływać się tutaj do regionów świata. W tym samym kraju będziemy mieli dwie różne sytuacje. Dziecko rodziców, którzy są praktykujący i dziecko rodziców, którzy wyśmiewają wiarę. A przecież przykazanie brzmi: słuchaj ojca i matki swojej! Zatem „start” dalej jest nie równy. Jaki rodzic, takie dziecko, a Bóg będąc sprawiedliwym nie mógłby karać dzieci za grzechy rodziców. I tak dalej. To nie trzyma się logicznego sensu.

Te wymienione dwa rozumienia Boga przyjmują wykluczające się sformułowania. Z jednej strony doskonała miłość a z drugiej kara. Z jednej strony sprawiedliwość z drugiej strony wystawienie na nierówny start. To tylko podstawowe sprzeczności. Zagłębiając się w logikę danego wierzenia znalazłbyś ich więcej.

Być może nie wierzymy w istnienie świata poza naszym wszechświatem. Nie wierzymy w Niebo, w żaden inny wymiar poza tym znanym nam obecnie. Wierzymy, że istnieje jakaś siła wyższa, nieokreślona materia, przyjmująca postać energii, która przenika cały wszechświat. Zakładamy zatem, że istnieje coś, co stworzyło ten świat i przez to stworzyło również samego siebie. To stwierdzenie samo w sobie jest sprzeczne. Jeżeli coś tworzy świat to musi w jakiś sposób być od tego oddzielone. Musi zatem istnieć coś co stwarza i coś co zostaje stworzonym. Te podejście jest trudne do obrony, z prostego faktu, nie odpowie na pytanie co było na początku wszechświata? Co nas stworzyło? Co stworzyło cały ten wszechświat. Naukowcy próbują wyjaśniać to różnymi fizycznymi teoriami. Istnieją teorie naukowe, które mówią, że wszechświat powstał z wielkiego wybuchu i po nim zaczęły tworzyć się gwiazdy i planety, a w końcu życie w takiej postaci, jaką obecnie postrzegamy. Co ciekawe, naukowcy nie są do końca pewni co działo się dwa tysiące lat temu, czy istniał ktoś taki np.: jak Jezus lub czy istniał ktoś taki jak Budda czy Mojżesz, ale są pewni co do tego, co było kilka miliardów lat temu. Trochę to śmieszne. Niestety, ale „wróżą z fusów”. To tylko teorie, próbujące w jakiś sposób przybliżyć nam tę wiedzę, aczkolwiek wiedza zmienia się wraz z nowymi odkryciami. Dzisiejsze teorie już jutro mogą zostać sfalsyfikowane, choć nie wierzenie w nie dzisiaj jest dla niektórych „obrazą” nauki i byciem głupkiem. Wróćmy jednak do początku stworzenia wszechświata. Czy to wyjaśnia jego przyczynę? Co sprawiło, że powstał wszechświat? Można powiedzieć, że wielki wybuch, aczkolwiek, aby do niego doszło musiała być jakaś załóżmy materia i antymateria. Zatem skąd wzięła się materia i antymateria, która doprowadziła do powstania wszechświata? Nie sposób na to odpowiedzieć. Jeżeli naukowcy wymyślą jakąś nową super-cząstkę to znów postawimy pytanie – ale skąd ona się wzięła – jaki był jej początek, kto to stworzył. Przecież sami naukowcy przyznają, że coś z niczego nie może powstać. Coś, nie wiadomo co, choćby energia musi istnieć, która zapoczątkuje formowanie się materii. Ale skąd wzięła się ta energia? Jaki był jej początek. Co sprawiło, że istnieje? W tym podejściu każda kolejna odpowiedź w kółko będzie tworzyć nowe pytania, zatem jest ona nie do obrony i trudna do przyjęcia, jeżeli uczciwie, z otwartym umysłem na to wszystko popatrzymy.

Możemy jeszcze przyjąć skrajnie ignoranckie podejście, że Bóg jest śmiesznym, nic nieznaczącym wytworem zalęknionych ludzi, którzy boją się śmierci, a my jesteśmy częścią środowiska, w którym żyjemy i w którym umieramy. Nie istnieje życie po życiu, nie istnieje żadne Niebo, żadna siła sprawcza. Jednakże to podejście potwierdza tylko nasz lęk ku temu, aby zastanowić się nad tym skąd się wzięliśmy. Przyjmujemy wtedy zasadę, że skoro nie wiem i nie widzę to nie wierzę i w ogóle nie zastanawiam się nad tym. Oczywiście możesz mieć takie podejście, ale ono niczego nie wyjaśnia, na nic nie odpowiada. Sugeruje jedynie, że boisz się zagłębić w te myśli, ponieważ boisz się tego, co możesz znaleźć poszukując odpowiedzi. Twój świat może legnąć w gruzach, gdy otrzymasz odpowiedź, to w co wierzysz teraz pryśnie i to napawa cię takim lękiem, że skłania cię do bycia ignorantem. Co ciekawe, ateiści, którzy świadomie wybrali swoją „wiarę” (bo ateizm też jest jej formą), z reguły są odważnymi ludźmi, którzy, pomimo możliwego ostracyzmu ze strony środowiska nie boją się zaprzeczyć temu, co uważają inni. Jednakże „poruszają” się oni tylko na jednym wymiarze. Ich podejście jest wynikiem negacji tego, w co wierzą inni. Nie zgadzają się z tymi, którzy wierzą w pierwsze podejścia, które opisałem na początku. Widzą tego bezsens i brak logiki. Jednakże zamiast szukać odpowiedzi gdzie indziej przyjmują tylko i wyłącznie skrajne stanowisko, które również jest tak samo błędne jak to czemu zaprzeczają. Nie potrafią wyjść poza te kontinuum, poza ten wymiar. Ateizm nie wyjaśnia niczego, jest tylko podejściem ignoranckim, bazującym na lęku spojrzenia ku prawdzie. Nie wyjaśnia tego skąd się wzięliśmy, co stworzyło świat – jaka była tego przyczyna. Jeżeli odpowiadają, że żadna, że to samo sobie istnieje to znów (jak w poprzednim akapicie) nie sposób odpowiedzieć na pytanie co było na początku. Kiedyś spotkałem młodą kobietę, która była osobą wierzącą. Jej wiara opierała się na podejściu katolickim. Choć nie była nadgorliwa w swojej praktyce religijnej to w pewnych istotnych kwestiach poruszała ten temat. Po pewnym czasie, gdy w mediach zrobiło się głośno o nadużyciach kościoła, o „grzechach” księży wobec społeczeństwa oraz o mieszaniu się kościoła w sprawy polityczne coś pękło w niej. Z osoby wierzącej stała się ateistką. Przestała wierzyć w kościół i w Boga. Nie rozważyła niczego pomiędzy tymi dwoma stanami. Nie rozważyła innych podejść do Boga. Tak często działa właśnie ateizm. Nie jest oddzielnym stanowiskiem lecz jest po prostu sprzeciwem wobec narzuconej im wiary, narzuconym, śmiesznym i błędnym sposobem interpretowania Boga. Jest formą sprzeciwu i buntu. Uzasadnionego, ponieważ wielu „wierzeń” kościoła nie sposób pogodzić lecz niewłaściwego. Przyjęcie skrajnego stanowiska nie rozwiązuje sprawy. Jest tylko formą buntu. Jest tylko zaprzeczeniem jednemu stanowisku tak, jakby rozumienie Boga opierało się tylko na tym jednym kontinuum, jakby nie było innego sposobu rozumienia.

Możemy również przyjąć nowy rodzaj podejścia, którego popularność zapoczątkowana została przez film Matrix. Jesteśmy częścią programu komputerowego, który stworzył ten świat, a my jesteśmy tylko jakiś niewielkim podzespołem, trybikiem, który pracuje na rzecz tego programu komputerowego. Choć dla niektórych podejście to może wydawać się śmieszne to obecnie zyskuje coraz liczniejszą „widownię”. I choć może wydawać się dla niektórych niewiarygodne to jednak z prawidłowym podejściem ma trochę wspólnego, o czym napiszę później. Niemniej całościowo również jest błędne. Skoro jesteśmy programem komputerowym, to ktoś musiał te komputery stworzyć. Co zatem stworzyło tych, którzy skonstruowali te komputery? Można przyjąć, że jakaś inna forma życia niż człowiek, ale kto stworzył tę inną formę życia? Jaki był jej początek? I po raz kolejny dochodzimy do pytania o to co było na początku, co nas stworzyło, co stworzyło ten wszechświat.

Rozważmy teraz ostatnie podejście, mianowicie Bóg czy Siła Wyższa istnieje lecz jest nieodgadnięta i niemożliwa do poznania przez ludzi. I byłoby to najbardziej rozsądne z podejść, które moglibyśmy przyjąć (bodajże Albert Einstein miał takie podejście), gdyby nie fakt, że jest możliwość doświadczenia Boga za życia. I to właśnie jest cel tej pracy. Przekazanie ci tego, że jesteś zdolny doświadczać go osobiście, bez pomocy kościoła, a jedynie dzięki własnemu umysłowi. To czy Bóg istnieje możemy sami doświadczyć. Nie proszę cię o wiarę, nie proszę o wierzenie w święte dogmaty. Nie musisz umierać, aby dowiedzieć się czy mam rację, o co wiele kościołów cię prosi. Przeciwnie, sugeruję ci, abyś żył w pełni i miał otwarty umysł, ponieważ to w nim jesteś w stanie zrozumieć. Nie jest to również nic rewolucyjnego. Istnieje wiele prac, które podobnie na to wskazują. Wielu autorów, w różnych językach, w różnych środowiskach przekazywało na swój sposób tę samą wiedzę, wiedzę o możliwości doświadczenia Boga za życia. Być może kiedyś spotkałeś się z tymi pracami być może nie, ale są i są dostępne dla każdego. Wymagają jedynie twojej chęci ponownego rozważenia tego czym jest Bóg. Nie podjęcia decyzji, nie wierzenia w dogmaty, jedynie uczciwego, z otwartym umysłem rozważenia sprawy. To tak niewielki koszt, a być może największa szansa na twoje cudowne odrodzenie. Wielu prawdziwie doświadczyło Boga i podzieliło się swoją wiedzą, bo zrozumieli tego przyczynę. Ty też doświadczasz Boga, ale bardzo słabo, bardzo rzadko i nie wiesz co jest czym i nie wiesz co do Niego prowadzi.

Wróćmy ponownie do naszych rozważań na temat różnych podejść do Boga. Moglibyśmy o każdym przypadku wiele napisać, znaleźć kolejne tezy świadczące o ich fałszywości, ale celem tej książki nie jest zajmowanie się tym, co błędne, ale wskazanie tego, co prawdziwe. Jednakże, w każdym z tych podejść jest też sporo prawdy. Prawie każda religia na świecie zawiera w sobie część prawdy. To nie jest tak, że to wszystko jest błędne. Zawierają sporo prawdy, aczkolwiek przysłoniętej przez ogrom zamieszania. Zostawmy jednak zamieszanie, bo nie ono jest naszym celem a skupmy się na prawdzie.

Czym jest Bóg? Przypomnij sobie teraz te uczucie, o którego przypomnienie prosiłem cię w poprzedniej części. Chodzi o tę lekką cudowność, o ten błogi stan. To właśnie styczna z Bogiem. W nim właśnie odczuwasz Boga. Jest to punkt styczności z Bogiem, chwila, w której odczuwasz Go, w której doświadczasz Go. W zależności od tego, jak dla siebie nazwałeś te uczucie, ma ono dla Ciebie różną nazwę, choć wszystkie są tym samym i wszystkie wskazują na odczuwanie Boga. Możesz to nazwać prawdziwym szczęściem, najszczerszym wzruszeniem, wszechogarniającą radością, całkowitą wolnością, najgłębszym pokojem, cudownym odpoczynkiem. Tak naprawdę te wszystkie uczucia są tym samym. Są właśnie Bogiem (jego odczuwaniem), choć widzisz je na razie jako różne to jednak są tym samym, czyli tym co najpiękniejsze w naszym życiu. Każde z tych uczuć: miłość, radość, wolność, spokój prowadzi do tego samego uczucia cudowności. To z niej wywodzą się twoje jej nazwy, ponieważ odczuwałeś to w różnych, na pozór niepołączonych ze sobą momentach swojego życia. Na głębszym poziomie każde z tych uczuć przejawiane głęboko prowadzi do tego samego odczuwania, do odczuwania Boga. Sam Bóg jest czymś nieskończenie większym niż to uczucie i nie da się tego wyjaśnić słowami, bo słowa są ograniczone, a przez coś ograniczonego nie sposób opisać coś nieograniczonego, aczkolwiek możemy doświadczać jego stanu, w którym On się przejawia.

Sama idea powstania słowa Bóg powstała z potrzeby nazwania tego cudownego stanu w jakiś sposób. Choć żadne z używanych słów nie jest dla tego właściwe, ponieważ te odczucie jest tak cudowne i tak radosne, że nie sposób słowami tego wyrazić. Każde słowo, będzie oddawało tylko znikomą część tego na co chce wskazać. Ale nie było innej drogi by móc wskazać innym drogę. Potrzeba nazwania tego wynikła z chęci dzielenia się przez oświeconych ludzi swoim cudownym doświadczeniem. Aby trafić do innych, musieli to jakoś nazwać. W różnych religiach i podejściach różnie to nazywano: bóg, nirwana, tao, wielka obecność, nieskończona miłość, siła wyższa itd. Jest to sposób wskazania tego właśnie stanu, tej cudowności, tego uczucia. Przez lata jednak nazwa zmieniła swoje znaczenie wskutek niepoprawnego rozumienia nauk swoich nauczycieli. Zostały one przeinaczone, źle rozumiane i obecnie nie wskazują już na to, na co miały wskazywać, a w zamian tego wskazują często na coś całkiem odmiennego, nawet nie zbliżonego do pierwowzoru. Potrzeba zatem jest by przywrócić tym słowom odpowiednie znaczenie, nadać im należyty kierunek. Choć słowa to tylko słowa – nie mają znaczenia to jednak część potrzebnych ci źródeł wiedzy, z których warto uczyć się posługuje się tymi nazwami, zatem dlatego właśnie lepiej jest przywrócić tym słowom odpowiedni kierunek, a przy tym twój szacunek.

Czy faktycznie jest to doświadczenie Boga? Tak, jest, ale twój lęk przed tym nie pozwala ci na to tak spojrzeć, nie pozwala ci tego tak nazwać. Często obawą staje się poczucie winy tego, że onieśmielamy się „doświadczyć” go, nie wierzymy, że my grzeszni, mali, ludzcy tak po prostu zwyczajnie możemy odczuwać Boga tu i teraz, bez żadnego wysiłku, bez dokonania mnóstwa dobrych uczynków. To jak zostaliśmy nauczeni ukierunkowało nas sposób patrzenia na Boga. Patrzymy na niego jak na coś nieosiągalnego, jak na coś co istnieje jedynie po śmierci i tylko tam będziemy go mogli ujrzeć i doświadczyć. Nic bardziej mylnego. Jedynie za życia możemy tego dokonać. Właśnie po to żyjemy, aby móc go przejawić tutaj. I każdy z nas godzien jest tego i każdy z nas proszony jest, aby tak się stało, choć tego nie słyszymy.

To właśnie prawdziwe szczęście jest Bogiem, to właśnie prawdziwa miłość jest Bogiem, prawdziwa wolność jest Bogiem, prawdziwa radość jest Bogiem. Czy nie jesteś tego godzien? Jeżeli byś nie był to po pierwsze nigdy nie odczułbyś tego uczucia (bo nie byłbyś godzien), a jednak przypomniałeś go sobie, jak o to poprosiłem. Po drugie, nie byłoby takich przekazów, że inni tego dostąpili.

Na przestrzeni dziejów ludzkości istniało wielu ludzi, którzy dostąpili zbawienia za życia lub jak kto woli zostali oświeconymi i którzy prawią o doskonałości Boga i jego doskonałej miłości. Nauczali w różnych miejscach, w różnym czasie, o różnym podejściu (to co teraz nazywamy różnymi religiami). Wskazywali na jego doskonałość, na jego wszechogarniającą miłość do swoich dzieci. Oczywiście to, co z tych nauk zostało zrobione i jaką mają one treść obecnie odbiega od pierwowzoru. Wiedza przekazywana przez prekursorów, przez oświeconych została mocno przetasowana z wiedzą, którą dołożyli ich uczniowie, a którzy nie byli oświeceni. Z tego względu powstał wielki miszmasz, który zawiera tak wiele sprzecznych idei i czasem łatwo się w tym pogubić, a jednak każdemu z nich towarzyszyło to samo odczucie Boga, ta boska cudowność, najwyższa szczęśliwość.

Możesz na chwilę obecną nie dowierzać moim słowom, możesz nie brać je poważnie, aczkolwiek to jest właśnie prawda. Choć teraz tego nie pamiętasz, ponieważ to uczucie wydarzyło się w przeszłości, nie odczuwasz tego w tym momencie, a obecnie masz jedynie tego posmak, możesz wątpić. Gdy jednak ponownie zaznasz tego odczucia, a stanie się tak na pewno to przypomnisz sobie wtedy moje słowa i przyznasz mi rację. Gdybyś w tym momencie mógł zaznać tego uczucia to wiedziałbyś, że jest to prawdą. Gdy odczuwałeś go w przeszłości nie miałeś nadanego tego właściwego kierunku, więc nie skojarzyłeś tego właściwie, choć odczułeś prawidłowo. Tym razem byłbyś pewien o czym mówię. W doświadczeniu tego odczucia leży pewność, że jest to właśnie tym co ma być. Jeżeli będziesz mógł, a moim celem jest umożliwić ci to, swobodnie doświadczać tego stanu nie będziesz bał się tego nazywać i będziesz całkowicie pewny tego. Niepewność rodzi się poza tym stanem. W tym stanie natomiast jest jedynie pewność. Gdy odczuwałeś to po raz pierwszy stan ten trwał jedynie krótką chwilę, a zdążył wywrzeć na tobie ogromne wrażenie i motywację (być może już nieco zapomnianą) by odczuć go ponownie. Kto jak nie Bóg jest godzien tego miana? Co więcej, odczuwałeś ten stan bardzo krótko i bardzo rzadko. Możesz odczuwać go mocniej i częściej. Czy możesz sobie wyobrazić tę chwilę wzmocnioną stokrotnie? To musiałby być nieziemskie uczucie. Już nieziemsko czułeś się w tamtej chwili, choć była ona tak ulotna i tak wątła (choć dostarczyła niezapomnianego odczucia). Jak zatem nieziemsko mógłbyś czuć się, gdybyś odczuwał ją w pełni świadomie, z większym nasileniem i znacznie dłużej? To przechodzi nasze wyobrażenia, ale początek tego odczuwania już właśnie zaznałeś. I teraz się ze mną zgodzisz, że jedynie Bóg zasługuje na miano tego, aby tak nazwać te odczucie, które byłoby tak wzmocnione. Już na samą myśl świta ci raj. Bo właśnie tym jest Bóg. Bóg jest Niebem (rajem, nie mylić z atmosferą). Twój umysł próbuje uparcie, niestety z dobrym skutkiem, rozgraniczyć te dwa pojęcia. Uważasz ze są czymś różnym, a w rzeczywistości jest to jedno. Gdzie jest Bóg, jest Niebo, gdzie jest Niebo jest Bóg. One są dla nas tym samym. Bóg jest stanem, a nie rzeczą czy osobą. Niebo też nie jest miejscem, lecz stanem. Obydwie nazwy wskazują na ten sam stan, są zatem jednością. Gdy próbujesz widzieć je oddzielnie, część prawdy właśnie Ci umyka.

W tym oto cudownym stanie wszystko jest doskonałe. Czy będąc w tym stanie nie kochasz prawdziwie? Czy nie radujesz się ogromnie? Czy nie czujesz wolności, wielkiej ulgi? Czy nie czujesz całkowitego bezpieczeństwa? Błogiego odpoczynku? Tak, to właśnie czujesz, gdy to doświadczasz, gdy doświadczasz tej cudownej lekkości, błogości. Czy Bóg będąc doskonałym nie zasługuje na miano doskonałej miłości, doskonałej radości, całkowitej wolności? Jeżeli przyjmiemy, że istnieje i że jest to jak nie inaczej moglibyśmy Go nazwać, jak nie tym co jest najpiękniejsze w naszym życiu. A to czy istnieje ten stan? Czy Bóg istnieje? To właśnie jest celem nauki, twojej nauki tego, by doświadczyć go ponownie i doświadczać coraz częściej i to za twojego życia, a nie po śmierci. I być pewnym, że tak jest, bo gdy ponownie zaznasz tego uczucia, tym razem z odpowiednią wiedzą nieco mocniej, będzie pewien!

Czy właśnie takiego Boga nie chciałbyś znać? Zamiast tego, w co do tej pory wierzyłeś? Czy nie chciałbyś widzieć Boga jako to, co jest najpiękniejsze? Przecież już sama idea Boga, Nieba zakłada coś wspaniałego, a czymże jak nie tym są te chwile cudowności? Tym właśnie jest Bóg, tą cudownością, którą doświadczyłeś i możesz doświadczyć ponownie. W tej cudowności, co napisałem już wcześniej zawiera się doskonała miłość, doskonała radość, doskonała wolność. Czy Bóg nie jest godzien tego, aby tak go nazywać? Czy dalej wolisz, aby był dla Ciebie kimś okrutnym, kimś niemiłującym, kimś potępiającym na wieczność, kimś, kogo trzeba się bać? Przecież Boga trzeba kochać i pożądać a nie bać się Go. Bóg jest miłością, jak głoszą obrazy w kościołach i to w nich jest prawdą. I za to właśnie Go uważajmy. To, co mylnie interpretowałeś w swoim życiu właśnie nim było.

Skoro Niebo jest rajem to logicznie do tego podchodząc powinno być przejawem najpiękniejszych uczuć, jakie możemy odczuwać: miłości, radości, wolności, spokoju, odpoczynku. Tym, co już odczułeś kiedyś. Jedyna różnica polega na tym, że odczułeś to słabo i na chwilę, a Niebo jest tego wiecznym zwielokrotnieniem. I tak właśnie chcielibyśmy to widzieć i takim też to jest. Odłóż na chwilę książkę i zapytaj siebie jak chciałbyś, aby wyglądało Niebo? Co chciałbyś czuć będąc w nim? Przyszły Ci na myśl te uczucia o zwielokrotnionej sile. Zatem jak każdy zaznałeś już odrobinę Nieba w swoim życiu i możesz go zaznać o wiele bardziej. A co najważniejsze, nie musisz umierać, by tak się stało.

Czy dalej wolisz, aby był dla Ciebie nikim? Jeżeli tak będzie to tylko Ty stracisz. Stracisz możliwość odczuwania najwyższej cudowności, ale nie kiedyś indziej, kiedy umrzesz… w tym życiu. Bez tego twe życie będzie jałowe, będzie bez sensu. Kiedyś nowy uczeń zapytał swojego nauczyciela czym jest ten stan. Nauczyciel zapytał: Czy podoba Ci się orgazm? Uczeń odpowiedział, że jest to jedno z najpiękniejszych uczuć, jakie kiedykolwiek doznał w życiu. Nauczyciel odpowiedział: To wyobraź sobie ten stan pomnożony tysiąckrotnie. Żadne z twoich działalności nie dostarczy ci tego. Choćbyś wymyślał najróżniejsze urozmaicenia seksualne, choćbyś wykupił najdroższe rzeczy, choćbyś miał najwięcej pieniędzy na świecie, choćbyś był władcą świata to tego nie odczujesz, zanim nie zmienisz swojego umysłu. To właśnie w twoim umyśle tkwi klucz do tego. A przede wszystkim w zrozumieniu tego czym jest Bóg i czym ty jesteś.

Być może boisz się tego uczucia nazwać Bogiem, ponieważ te chwile cudowności odczułeś po pięknym współżyciu seksualnym albo po wykonaniu jakiejś pracy, która nie miała wiele wspólnego ze „świętym” postępowaniem albo też jakiejkolwiek innej czynności, która nijak ma się do tego, jak religia uczy. Jest tak dlatego, że mylnie oceniasz, że to okoliczności wystąpienia tego stanu były tego powodem, a to nie one to sprawiły, lecz stan twojego umysłu.

Na chwilę obecną nie masz pojęcia jak bardzo się mylisz w tym, co „powinieneś” wykonać, aby tego doświadczać, czego musisz się nauczyć. Jednym zdaniem: niczego tak naprawdę nie musisz robić, wystarczy, że zmienisz sposób myślenia. Mylnie do tej pory uważałeś, co było przyczyną odczuwania tego stanu. Myliłeś prawdziwy powód z czymś innym. Zazwyczaj w takich stanach wierzymy, że to coś na zewnątrz nas przyczyniło się do tego. Na przykład wyjechaliśmy gdzieś indziej i zobaczyliśmy coś nowego, nieznanego, pięknego, coś co zaparło nam dech w piersiach. Lub gdy skończyliśmy jakieś zadanie i przyszła nagroda, gdy posiedliśmy jakąś drogocenną rzecz bądź rozpoczęliśmy związek z jakąś upragnioną osobą. Mamy skłonność do upatrywania powodu w okolicznościach, które towarzyszyły nam podczas odczuwania tej cudowności. I mylnie nauczyliśmy się, że to właśnie okoliczność mu towarzysząca jest tego powodem. Potem zorganizowaliśmy swoje życie tak, aby móc powodować kolejne okazje do przejawienia się tego stanu. Zaczęliśmy podróżować w nowe miejsca, zaczęliśmy nabywać coraz to bardziej drogie i ekskluzywne rzeczy, zaczęliśmy wchodzić w nowe związki uczuciowe. Jest więcej podobnych przykładów, które moglibyśmy pod to podciągnąć. Jedno w nich jest wspólne. Upatrujemy w nich szczęścia, w nich widzimy drogi do niego. I właśnie to jest jednym z podstawowych zafałszowań, w które wierzymy. To nie te rzeczy to spowodowały, ale stan naszego umysłu.